Rozdział I
Rozdział I
Zawsze jest ktoś taki jak ty,
Kto namiesza ci w głowie,
Jednak nie chce cię wysłuchać
Spakowała do torebki telefon, notatki i dwa długopis, a następnie zasunęła zamek. Odłożyła ją na stolik i ponownie chwyciła filiżanką do połowy wypełnioną letnią kawą, która z minuty na minutę smakowała coraz gorzej. Skrzywiła się lekko. Nie lubiła zimnej kawy. Ale było coś, czego nie lubiła jeszcze bardziej… wczesne wstawania. Zawsze podnosiła się z łóżka w ostatniej chwili i biegiem wykonywała wszystkie poranne czynności, upijając po łyku kawy pomiędzy ugryzieniem kanapki, a szczotkowaniem włosów. Dzisiaj nie było inaczej. Odstawiła filiżankę, w której nadal pozostało kilka łyków zabarwionego na jasnobrązowy kolor i zgarnęła kluczki ze stołu. Wrzuciła je do rękawa bluzy i udała się w stronę korytarza. Wsunęła stopy w pierwsze buty, który były na jej drodze czyli granatowe trampki, jednocześnie zarzucając torbę na ramię. Szybko wyszła z mieszkania, zamykając drzwi na klucz i zbiegła po schodach, nie chcąc czekać na windę, która i tak psuła się co drugi dzień. Gdy dotarła na sam dół jej policzki były zarumienione, a oddech był przyspieszony. Nie zważając na kilkoro ludzi czytających ogłoszenia wywieszone na korkowej tablicy, przecisnęła się przez tłum i wybiegła przez frontowe drzwi na chłodne, wiosenne powietrze. Owiał ją spalinowy odór centrum miasta ukryty pod płaszczykiem mgły. Trochę wolnej, próbując lekko uspokoić własny oddech przeszła przez parking i podeszła do czarnego samochodu, który od kilku miesięcy z dumą mogła nazywać swoim własnym. Otworzyła drzwiczki pilotem i wsunęła się do przytulnego, pachnącego wnętrza samochodu. Mocno zaciągnęła się leśnym zapachem, który unosił się w środku. Włożyła kluczyk do stacyjki i uruchomiła silnik. Sprawnie manewrując pomiędzy zaparkowanymi samochodami wyjechała na główną ulicę. Przejechała kilka kolejnych ulic starannie unikając wszelkich miejsc, w których mogły pojawić się poranne korki. Minęła budynek ambasady i skręciła w wąską uliczkę, wjeżdżając na teren kampusu. Zaparkowała samochód na jednym z bocznych parkingów i szybko udała się w stronę monumentalnie wyglądającego budynku z czerwonej cegły, w którym mieściły się sale wykładowe. Niemal automatycznie spojrzała na zegarek na swoim lewym nadgarstku, szybko licząc, że zostało jej dokładnie 6 minut na dotarcie do odpowiedniego pomieszczenia. Weszła do budynku przez duże, szklane drzwi i przeszła korytarzem w prawą stronę aż do numeru 12. Pod salą zebrała się już spora grupa młodzieży, która czekała na rozpoczęcie wykładu, aby wejść do sali i zająć miejsca. Stanęła z brzegu tłumu i oparła się o ścianę, skupiając wzrok na zegarze wiszącym na ścianie. Wskazówka przesuwała się powoli w stronę pełnej godziny. Śledziła wzrokiem małą strzałkę, niemal bezwiednie odliczając kolejne sekundy. Chwilę później usłyszała zbiorowy jęk, a potem drzwi się otworzyły i tłum wpłynął do sali. Nie zwracając na nic uwagi poszła za ludźmi na tył sali, aby zająć odpowiednie miejsce.
- Można? – Obok niej stanął uśmiechnięty brunet, który wskazał palcem na krzesło obok niej, a gdy skinęła głową, opadł z jękiem na krzesło, zrzucając jednocześnie z ramion czarny, skórzany plecak który z hukiem opadł na podłogę. – Kilian. Dla przyjaciół Kili. – chłopak wyciągnął w jej stronę dłoń, a ona uścisnęła ją lekko, uśmiechając się do niego.
- Celia. – odpowiedziała, przyglądając się sąsiadowi. Miał ciepłe, brązowe oczy, ciemne kręcone włosy i zaraźliwy uśmiech na twarzy, którego nie dało się nie odwzajemnić. W sali panował szum cichych rozmów, który ustąpił dopiero, gdy mężczyzna za pulpitem chrząknął dwa razy do mikrofonu. Spojrzała w tamtą stronę, spodziewając się starszego, siwego mężczyzny, który charakterystycznie przeciągał wyrazy, jakby chciał jak najbardziej przedłużyć wykład i skutecznie znudzić wszystkich obecnych na sali, ale jej oczy napotkały wysokiego mężczyznę o pochmurnej twarzy i wyrazie pogardy ukrytym pod czarną szczeciną sztywnej brody, która okalała jego policzki. Jego głos był głęboki i lekko ochrypły. Starała się skupić na jego słowach, ale jej umysł krążył wokół jego postaci niczym niedźwiedź wokół pszczelego ula. Nie przypominał żadnego z tych nudnych, starych profesorów, których na co dzień spotykała na uczelni. Na pewno nie był młody… ale miał w sobie więcej życia, niż wszyscy pozostali wykładowcy razem wzięci. Mówił spokojnym, pełnym głosem przyciągając uwagę wszystkich na sali samą swoją osobą. Był wysoki… musiał mieć co najmniej 190 centymetrów wzrostu… umięśnione ramiona poruszały się z każdym wykonywanym gestem pod dopasowanym materiałem błękitnej koszuli, której dwa górne guziki były odpięte. Miał krótko obcięte ciemne włosy, poprzetykane kilkoma srebrnymi pasmami, co wcale nie sprawiało, że wyglądał staro… miała wrażenie, że wręcz przeciwnie, dodaje mu to pewnego dojrzałego uroku, którego próżno było szukać wśród chłopców w jej wieku. – Kto to? – zapytała siedzącego obok chłopaka, którego imię zdążyło jej wylecieć z głowy. Chłopak westchnął… chyba lekko poirytowany, ale pochylił się w jej strony i wyszeptał do ucha.
- Profesor Oakenshield. – powiedział.
- Mieliśmy z nim zajęcia? – zapytała, nadal przyglądając się uważnie mężczyźnie stojącym przed pulpitem.
- Nie. Zastępuje Bates’a.
- Skąd wiesz? – zapytała. Była pewna, że żadna z tych informacji nie padła… a może tak bardzo odleciała, że po prostu nie usłyszała? Już sama nie była pewna…
- To facet mojej matki. – powiedział po cichu chłopak, nadal pochylając się w jej stronę, jakby nie chciał, aby ktokolwiek inny go usłyszał.
- Och… - westchnęła tylko i spuściła głowę na swój pulpit, na którym nadal leżała nieotwarta torba… nawet nie wyjęła zeszytu i długopisu, nie wspominając nawet o planowanym robieniu perfekcyjnych notatek. – Więc… - zaczęła, lekko przygryzając wargę. – Jakby jest… Twoim ojcem? – zapytała niepewnie. Chłopak zaśmiał się cicho w odpowiedzi.
- Nawet tak nie żartuj! – odpowiedział. – Mój ojciec był normalny. – dodał, jakby to było wyjaśnienie wszystkich jej pytań… ale jej to nie powiedziało zupełnie nic. – A Thorin jest… - zawahał się na chwilę, a potem kontynuował. – specyficzny. Ale matka jest szczęśliwa i dopóki nie zrobi nic głupiego muszę go jakoś tolerować.
- Nie wydaje się być taki zły. – Chłopak wykrzywił usta, ale nie odpowiedział, skupiając się ponownie na swoim zeszycie, w którym cały czas coś zawzięcie bazgrał… i wcale nie była pewna, czy to były notatki z wykładu. Wyjęła wreszcie swój zeszyt z torby i długopis, próbując skupić się na zapisywaniu pojedynczych zdań, które wydawały się jej bardziej istotne, licząc na to, że w Internecie uda jej się znaleźć później bardziej szczegółowe wyjaśnienia. Minuty wlokły się niemiłosiernie… jeszcze nigdy wskazówki zegara nie przesuwały się tak wolno, jak dzisiaj, gdy tak bardzo potrzebowała by czas przyspieszył.
- Dziękuję Państwu za uwagę. Widzimy się na kolejnych zajęciach. – głęboki baryton przebił się wreszcie wyraźnie w jej uszach, a ona automatycznie zatrzasnęła zeszyt i wcisnęła go do swojej torby razem z długopisem i telefonem. Podniosła się ze swojego miejsca i przez kilka sekund czekała aż jej sąsiad również wstanie, aby przepuścić ją w wąskim przejściu. Po sali rozszedł się gwar rozmów… słyszała podniecone głosy i nerwowe chichoty dziewcząt, które mijały wykładowcę. Każda, bez wyjątku, obdarzała nowego nauczyciela uśmiechem i słodkim „Do widzenia, panie profesorze” wychodząc z pomieszczenia. Jej policzki zarumieniły się na samą myśl, jaką opinię może sobie wyrobić mężczyzna patrząc na szczerzące się i wdzięczące do niego dwudziestolatki. To było poniżające… Przystojny czy nie… wypadało zachować chociaż iskrę godności. Przycisnęła torebkę do boku i powoli opuściła swoje miejsce, idąc w stronę drzwi. Minęła grupkę osób stojącą obok profesora, próbującą zadać mu tysiąc nieistotnych pytań, które tylko i wyłącznie dla nich wydawały się inteligentne… przez chwilę zatrzymała się na krańcu tłumu, przysłuchując się przesłodzonym tonom głosu koleżanek i suchymi, niemal wymuszonymi odpowiedziami mężczyzny i uśmiechnęła się złośliwie do siebie. Już miała się odwrócić i wyjść, gdy jego wzrok padł na nią i poczuła dziwną więź łączącą ich w tym momencie… po chwili odwzajemnił jej cyniczny uśmiech, pochylając lekko głowę w prawą stronę i mrugając do niej okiem. Oddech na chwilę utknął w jej gardle i niemal zakrztusiła się własną śliną… szybko odwróciła wzrok, ale nadal czuła na swoich plecach spojrzenie jego szaro-niebieskich chmurnych oczu. Szybkim krokiem opuściła pomieszczenia i głośno wypuściła oddech stając za drzwiami… zatrzymała się, a osoba wychodząca zaraz za nią odbiła się od jej pleców. Szybko wydukała ciche przeprosiny, a następnie niemal truchtem opuściła korytarz i pobiegła w stronę wyjścia. Wyszła przez szklane drzwi i zatrzymała się, opierając się bokiem o frontową ścianę budynku. Zamknęła na kilka minut oczy i próbowała unormować przyśpieszony puls i nierównomierny oddech. Gdy poczuła się pewnie, odwróciła się ponownie w stronę ścieżki prowadzącej do innych budynków mieszczących się na kampusie i udała się w odpowiednim kierunku, aby zdążyć na kolejne zajęcia. Po chwili dołączyły do niej dwie znajome, z którymi wykonywała kilka tygodni temu pewien projekt na zajęcia, co skutecznie zmieniło tok jej myślenia na zwyczajową swobodną pogawędkę o pogodzie i nudnych zajęciach na uczelni. Nawet nie zająknęły się o nowym wykładowcy… zapewne równie mocno zażenowane zachowaniem innych dziewczyn z roku, które niemal flirtowały z mężczyzną na oczach wszystkich jak ona sama. Wreszcie poczuła się bardziej swobodnie i nawet dodała kilka własnych spostrzeżeń do wartko płynącej rozmowy o wszystkim i o niczym. Minęło jednak zdecydowanie więcej czasu, aby wreszcie przestała czuć wyimaginowane spojrzenie na swoich plecach, które powodowało ciarki przepływające przez jej ciało niczym lodowata woda spływające po jej kręgosłupie. Czuła je nawet siedząc w innej sali… w innym budynku… jeszcze kilka godzin później…
Komentarze
Prześlij komentarz